Fitoptymistka

fit optymistka

Aneta Kłos nie pałała miłością do biegania, za to chętnie chodziła na zajęcia fitness. Jednak dziewięć lat temu wydarzyło się coś, co później skłoniło ją do aktywności podczas, której mogła wybiegać traumę. Została napadnięta, a sprawca groził jej bronią. W jednej chwili świat Anety rozsypał się na milion kawałków. Chcąc z powrotem go “posklejać”, zaczęła szukać sposobu, jak odreagować tamten koszmar i zapomnieć o nim choć na chwilę. Jej sposobem na to okazały się treningi fitness prowadzone wirtualnie przez Ewę Chodakowką. Uciekała w aktywność coraz częściej. Czuła się częścią społeczności tworzonej przez tę znaną trenerkę. Tam nikt Anety nie oceniał i nie zadawał pytań.

 

Pewnego dnia, nie chcąc zanudzać swoich znajomych z social mediów “wrzutkami” z treningów, postanowiła założyć na Facebooku profil “Fitness Wiecznej Optymistki”. Chciała dzielić się swoją przemianą, zarażać optymizmem i motywować do aktywności. W krótkim czasie zbudowała kilkutysięczną społeczność. Niestety w jej życiu znów zdarzyła się tragedia. W 27 tygodniu ciąży straciła syna. Jak sama mówi nie mogła dalej motywować innych do treningów. Jej optymizm umarł. Pojawiła się depresja tak silna, że przez wiele godzin Aneta nie wstawała z łóżka. Zdobywała się tylko na to, żeby zaprowadzić swoje pierwsze dziecko do przedszkola, pójść na cmentarz, skorzystać z toalety i zjeść posiłek. Powrót do ludzi był trudny.

 

Mąż namówił ją, żeby znów zaczęła motywować innych i wróciła do aktywności. Wtedy między treningami na siłowni zrodziła się miłość do biegania. To był moment narodzin jej pasji. Aneta zaczęła zapisywać się na biegi uliczne. Na Instagramie stworzyła profil “Fitoptymistka”. Aktywności, a zwłaszcza bieganie, pomogły jej poradzić sobie z traumą. W sport uciekała przed negatywnymi emocjami.

 

– Nie zawsze byłam taka aktywna – opowiada. – W liceum miałam zwolnienie z WF-u. Po prostu nie chciałam ćwiczyć, brakowało mi motywacji. Do szkoły chodziłam w czasach, kiedy takie zwolnienie nie było trudne do zdobycia. “Zajawka” na aktywność pojawiła się w moim życiu dopiero kiedy miałam 32 lata.

 

Aneta lubi biegać długo. Jak sama przyznaje “ćpa” każdą minutę biegu, jednak potrafi też  zatrzymać się, żeby zrobić zdjęcie kwiatów, nieba, zwierząt. Uwielbia rozmawiać z innymi biegaczami. Cieszy ją bieg sam w sobie, a nie ściganie się, czy bicie “życiówek”. Przez kilka lat miała marzenie, żeby pobiec w ultramaratonie. W dniu swoich 40-stych urodzin spełniła je startując w 40-kilometrowym biegu górskim. Zrobiła to razem ze swoją trenerką Magdą Czechoską. Od tego momentu wewnętrzne baterie “ładuje” już nie tylko nad morzem, ale również w górach. Uważa, że z sukcesem udaje jej się być wytrwałą w tym co robi, wierną własnym wartościom, szczerą i przede wszystkim: sobą. Biega dla siebie, dla zabawy, a czasem dla sprawdzenia siebie.

 

Kiedyś najbardziej lubiła uliczne półmaratony, teraz górskie maratony. “Setki” jej nie “kręcą”. Marzy o tym, żeby nadal biegać jeszcze przez wiele lat. Chce stratować w górskich biegach w Polsce i za granicą. Do końca roku planuje skoncentrować się na treningu siłowym, a także bieganiu ze swoim psem. W życiu pozasportowym pragnie więcej czasu poświęcać swojej rodzinie, pracy oraz czytaniu książek.

 

Aneta przygotowując się do biegów trenuje na pagórkowatych terenach Cytadeli Poznańskiej, odwiedza też Górę Moraską oraz Dziewiczą Górę. Żeby “zresetować” głowę najczęściej “ucieka” do Parku Sołackiego, nad Jezioro Rusałka albo nad Jezioro Maltańskie.

 

– Wiesz dlaczego lubię zamykać stawkę na zawodach? – Pyta z uśmiechem. – Nie tylko dlatego, że chcę podziwiać widoki. 90% moich biegów w zawodach jest po nieprzespanej nocy. Chudy Wawrzyniec to już tradycja. Zanim zasnę to już dzwoni budzik. Bywały i takie biegi, czy trekkingi w Tatrach, że prosto z podróży odbierałam pakiet startowy i ruszałam na szlak. Co prawda po takim weekendzie nie wiem jak się nazywam, ale ja po prostu tak chcę.

 

Zdjęcie: “Ultra Zajonc”

Share on facebook
Udostępnij
Share on twitter
Tweetnij
Share on linkedin
Udostępnij