Jak to jest pokonać ponad 1000 km po górach?

lukas1

Na początku września pisaliśmy o Łukaszu Pawłowskim, który był  w trakcie pokonywania  biegiem za jednym razem dwóch najdłuższych szlaków górskich w Polsce, czyli Głównego Czerwonego Szlaku Sudeckiego im. Mieczysława Orłowicza (GSS, ok. 440 km) oraz Głównego Czerwonego Szlaku Beskidzkiego im. Kazimierza Sosnkowskiego (GSB, ok. 520 km). Udało mu się tego dokonać. Dystans jaki pokonał, wliczając błądzenie, szukanie właściwych ścieżek i zejścia z nich do miejsc noclegów, to 1018 kilometrów, przy sumie przewyższeń wynoszących ponad 36 000 metrów. 

 

W 2014 roku Łukasz najpierw pokonał Główny Szlak Beskidzki, a w kolejnym roku przebył prawie cały Główny Szlak Sudecki. Przez kontuzję skończył na 401-kilometrze. Od początku tych wyzwań zamysł końcowy był taki, żeby obydwa pasma górskie zaliczyć za jednym razem, bez przerwy. Próbował tego dokonać w 2019 roku, jednak kontuzja zniweczyła jego przygotowania. Nie wiedział, że na urzeczywistnienie tych planów przyjdzie mu czekać, aż 8 lat.

 

Początkowo realizacja projektu miała wynieść 15 dni, jednak przedłużyła się o dwa kolejne.  Przyczyniła się do tego trudna trasa i nieprzewidziane warunki pogodowe. 

– Byłem akurat przy granicy, gdzie Beskid Niski łączy się z Bieszczadami i właśnie wtedy przyszło załamanie pogody – opowiada. – Postanowiłem tego dnia nie ruszać na szlak. Napierania po zmroku unikałem. Zdarzyło się kilka razy, że noc zastała mnie w terenie. Na pewno będę pamiętał do końca życia, jak ze wsi Sokołowsko już po zmroku ruszyłem do schroniska Andrzejówka. Było mokro, wilgotno i mglisto. Widoczność tylko na kilka metrów. Pomogła mi znajomość szlaku, a i tak nie było łatwo.

Łukasz na szlak wyruszał między godziną siódmą a dziewiątą. Nie miał supportu, czyli zespołu osób, który by mu pomagał, bo sam tego nie chciał. W żywność zaopatrywał się w sklepach. Czasami rano musiał dość długo czekać na ich otwarcie, ponieważ kolejne znajdowały się wiele kilometrów dalej. Posilał się również w schroniskach. Jest na diecie wegańskiej. Mimo coraz większej jej popularności, niestety w górach miał z tego powodu trochę problemów. Zdarzają się jednak wyjątki, jak schronisko na Turbaczu, gdzie wybór posiłków roślinnych wg Łukasza jest niesamowity. Chwali też schronisko na Jagodnej, jednak nie za ofertę wegańską, gdyż jej nie mają, ale za to, że obsługa zaproponowała mu warzywa z chlebem, co mu w zupełności wystarczyło, aby później poradzić sobie z trudami na szlaku. Codziennie pokonywał między 50, a 70 km. Starał się biec w komforcie, a nie siłowo, żeby nie doprowadzić do kontuzji. Przyznaje, że łatwo nie było.

Początkowo planował każdego dnia pokonywać 70 km, jednak nie mógł biec zbyt szybko ze względu na ciężki plecak. Trudno było zwłaszcza przy wspinaniu się na szczyty wielu wzniesień i to nie tych najwyższych. Przy takim dystansie i wysiłku organizm w różnych momentach inaczej reaguje i funkcjonuje, niż zwykle. Jest wiele bodźców, które mają wpływ na to, że niepozorne podejście może okazać się bardzo wyczerpującym.

 

– Najbardziej zapamiętałem podejście na Skałkę (1163 m n.p,m. w Beskidzie Sądeckim) – wspomina. – Nie należy ono do tych niepozornych, bo jest długie, strome i będę je pamiętał do końca życia. Na szczycie faktycznie była skałka, ale tak dwa metry na dwa. Rozbawiło mnie to mocno. Do dziś się śmieję na samą myśl.

 

Łukasz był przygotowany na “dzikie” noclegi, ponieważ miał ze sobą śpiwór. Jednak udało mu się zawsze zanocować po dachem, w hotelach lub schroniskach. Najdroższy nocleg za jaki zapłacił wyniósł go 200 zł, natomiast najtańszy 23,50.

 

Kryzysów nie miał, trudne momenty owszem, ale nie takie, żeby nie móc dalej się poruszać. Ciężkie chwile przeżył pod bacówką w Bratnem. Akurat była zamknięta, a Łukaszowi skończyły się napoje i pożywienie. Tego dnia miał za sobą wiele kilometrów, a słońce, jak sam opowiada “grzało jak diabli”. Nie trafił też na żaden strumyk, gdzie mógłby ugasić pragnienie. Wcześniej zaplanował postój właśnie w bacówce i tam też zamierzał się posilić. Gdy nikt mu nie otwierał, zrezygnowany ruszył dalej. Kiedy opuszczał wioskę, nagle na szlaku spotkał pewne małżeństwo. Ludzie ci poratowali go wodą i owocami. Bez ich pomocy byłoby mu bardzo ciężko, ponieważ czekało go ok. 20 kilometrów przez Magurski Park Krajobrazowy. Później w parku spotkał jeszcze dwóch piechurów, którzy zaproponowali mu kakao.

 

Najtrudniejszy moment przeżył w Bieszczadach podczas załamania pogody. To były akurat dwa ostatnie dni wędrówki, czyli tak jakby na koniec góry chciały go jeszcze sprawdzić, czy nie za mało wcześniej “dostał” od nich w tyłek. Nigdy nie zapomni tego jak kilka metrów przed nim z wielkim hukiem uderzył piorun.

Przed burzą uciekał też pierwszego dnia wędrówki. Wtedy spadł mu telefon rozbijając się. Później Łukasz wciąż się martwił, że w każdej chwili może przestać działać. Przyznaje, że gdyby tak się stało, to oczywiście nie przerwałby swojej “wyrypy” z tego powodu, jednak z telefonem łatwiej było nawigować, umawiać się w sprawach noclegu oraz kontaktować z najbliższymi. Mimo różnych trudności nigdy nie miał myśli, żeby wycofać się z trasy i przerwać realizację projektu. Wiedział tylko, że ze względu na dwudniowe opóźnienie względem początkowego planu, będzie musiał zadzwonić do szefa firmy, w której pracuje z informacją o przedłużeniu urlopu. Jednak pracodawca nie robił mu żadnych problemów.

 

Podczas poprzednich swoich wypraw w Bieszczady Łukasz spotkał stado żubrów. Tym razem mu się to nie udało. Za to niemal codziennie widywał sarny. Przed Komańczą natrafił na ślady niedźwiedzia, a w pobliżu Tarnicy z zagajnika dobiegł go głośny pomruk, jednak nie widział kto go wydał. Na ryk jelenia podczas rykowiska ten odgłos mu nie pasował. Być może jego autorem był zwierzak, który lubi miód, szybko biega, chodzi po drzewach, pływa i jest królem tamtejszej krainy. Lepiej jednak nie spotykać go na swojej drodze.

 

– Przebywanie w górach i bieganie to świetny czas na medytację – przekonuje Łukasz Pawłowski. – Zanurzyć się w myślach, szukać odpowiedzi na pytania, prowadzić dialog z przyrodą, oraz poznawać własne ciało, to jest to czego doznaję. Ta wyprawa była spełnieniem marzenia. Długo na to czekałem. Na szlaku było przyjemnie i pięknie. Spotkałem dobrych ludzi, wielu piechurów z plecakami i namiotami, którzy wg mnie nie są doceniani. Lubiłem te spotkania z wędrowcami. Bardzo cenię sobie noclegi w schroniskach  np. w Chyrowej. Ogólnie Beskid Niski jest dla mnie cudowny. Każdy dzień był wyjątkowy. Delektowałem się każdą sekundą. Usypiałem z uśmiechem i wstawałem z uśmiechem. Czułem się tam “tu i teraz”, oddychałem pełną piersią i celebrowałem te momenty. Było elegancko.

 

Łukasz ma wiele planów na następne wyzwania. Przygotował listę szlaków, które chce pokonać i to nie tylko biegowo. Na razie są to marzenia, ale on już wie, że zostaną zrealizowane. Sił i energii mu nie brakuje. Kocha góry i czuje, że one na niego czekają, więc musi tam iść. Wciąż ciągnie go do nich jakaś tęsknota i chęć ponownego sprawdzenia swoich możliwości.

Share on facebook
Udostępnij
Share on twitter
Tweetnij
Share on linkedin
Udostępnij