Jestem biegaczem i dobrze mi z tym

biegacz

Zawsze lubiłem ganiać. Jako dziecko po dachu dziadkowej stodoły, za swoim psem, po łąkach, przez ulicę, za piłką. Nawet zdarzyło mi się ,,za młodego” biegać dla poprawienia kondycji, żeby potem na wuefie być w lepszej formie. Nigdy jednak nie traktowałem biegania jako sportu, który mógłbym uprawiać. Natomiast marzyłem o wystartowaniu w Maratonie Pokoju, czyli obecnym Warszawskim. Nie udało się, bo pod taką nazwą przestał funkcjonować. Jednak w pewnym momencie dorosłego życia postanowiłem wziąć udział w półmaratonie.


Miał to być incydent. Po tym jednym razie nie zamierzałem startować w kolejnych zawodach. Bieg odbył się w Olsztynie. To było ciekawe uczucie przemierzać ulice miasta. Pamiętam, że było mnóstwo kibiców, znajomych. Całą trasę przebiegłem z żoną, a na metę wpadliśmy trzymając się za ręce. To świetne wspomnienia jak na debiut w biegu masowym. Medal wręczał nam prezydent miasta, rodzina przyszła pokibicować. Genialne uczucie.


Ta biegowa pasja rodziła się powoli. Nie miałem żadnych planów, by bić ,,życiówki”, czy też startować w kolejnych zawodach. Biegałem, żeby utrzymać formę, monitorować wagę ciała, lepiej się czuć, nie chorować, jak się to wcześniej często zdarzało. Zacząłem jednak przychodzić na grupowe treningi, żeby dowiedzieć się, jak zapobiegać kontuzjom i nie ,,zajechać” organizmu zbytnią intensywnością biegu.


Wkręcałem się w ten świat. Ludzie, pasja, radość, cel. Nim się obejrzałem, byłem już w ,,tym” zanurzony po uszy. Przechodziłem kolejne etapy wtajemniczenia biegowego. Poznawałem metody, techniki i różne formy biegania. W końcu dopadło mnie ,,ultra”. Zwłaszcza te górskie spodobało mi się najbardziej. Mój organizm pokochał właśnie taki wysiłek. Wspinanie się na szczyt wzniesienia, a potem śmiganie w dół ile sił w nogach. I znów to samo po kilkanaście razy na całej trasie zawodów.


Czuję się biegaczem, jestem nim i chyba już tak będzie zawsze. Chcę, żeby tak było. Lubię tę swoją pasję. Podoba mi się przynależność do grupy osób, które odczuwają podobnie jak ja. Mają w oczach szaleństwo, takie pozytywne. Marzą i spełniają marzenia. Nawet teraz, gdy utrudnia się nam oddawanie swojej pasji, nie poddajemy się. Trenujemy w zaciszu domowym, na podwórku, wokół stołu, na chodnikach, po asfalcie, tęsknym okiem zerkając na las. Jeszcze tam wrócimy. Bo jesteśmy biegaczami. Nikt nam tego nie odbierze. Będę dalej trenował. Nie odpuszczę i się nie poddam. Dlaczego? Najlepiej obrazują to słowa kilkukrotnego ,,Rzeźnika”, mojego biegowego kumpla Arka Walendy: ,,Nigdy nie wiesz kiedy wezwą cię na linię startu. Bądź w gotowości”. Ja będę.

Share on facebook
Udostępnij
Share on twitter
Tweetnij
Share on linkedin
Udostępnij